Poseł Brynkus > Aktualności > Moje wspomnienia z 13 grudnia 1981 roku

Moje wspomnienia z 13 grudnia 1981 roku

Podziel sięShare on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterEmail this to someone

Stan wojenny zastał mnie na I roku studiów historii Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Krakowie (dziś Uniwersytecie Pedagogicznym). I muszę przyznać, że było to doświadczenie szczególne. Wiązało się ze strajkiem, do którego „wciągnął” mnie Zdzisław Noga, obecny Dziekan Wydziału Humanistycznego Akademii Pedagogicznej w Krakowie, gdzie pracuję jako uczelniany profesor w Katedrze Edukacji Historycznej. Po prostu, którejś listopadowej nocy przyszedł do mnie Zdzisław Noga i stwierdził: „idziemy na strajk na uczelnię”. No i poszliśmy.

Pochodzę ze Spytkowic – miejscowości podgórskiej w okolicach Rabki, w której wówczas niewiele się działo, przynajmniej ja miałem taką świadomość. Skończyłem dobre liceum Ogólnokształcące w Jabłonce. Z mojej klasy ponad 90 proc. uczniów skończyło studia, na które trzeba się było dostać w drodze poważnych egzaminów. Jednak szkoła tętniła swoim życiem w latach 1980/1981 poza nurtem wydarzeń, które dokonywały się wówczas w Polsce. Obecny Dziekan już studiował w Krakowie, więc był bardziej zorientowany w sytuacji społeczno-politycznej. Jednak mnie i moich kolegów z roku nie trzeba było jakoś specjalnie przekonywać. Inna sprawa, że wielu innych było tej naszej decyzji przeciwnych. Pytali z pewnym strachem: co wy robicie? Nasz strajk był strajkiem początkowo solidarnościowym, potem przekształcił się w taki, w którym wyrażaliśmy także swoje postulaty. Dziś trochę nawet śmieszne.

Jednak największy wpływ na moją świadomość polityczną wywarł nasz kolega z roku Adam Gąsior. Także starszy nieco od nas, „krakus” mający duże już doświadczenie w stawianiu oporu komunistom i takiej zwykłej młodzieżowej kontestacji. Zewnętrznym wyrazem jego buntu był fryzura. Myślę, że to jemu i moim rodzicom zawdzięczam w równym stopniu, oględnie mówiąc, bardzo niechętny stosunek do komunizmu. Stosunek wzmocniony zdarzeniami stanu wojennego i innych doświadczeń, także tym, że dziś beneficjenci tego systemu i ich dzieci oraz wnuki decydują o wielu sprawach, nie wstydząc się swej przeszłości, a nawet są z niej dumni.

Już znacznie wcześniej miałem napisać lub przedstawić kilka zdań wspomnieniowych z tego okresu. Jednym z momentów był artykuł Adama Rymonta „Wojna w czas pokoju” (Dziennik Polski 14 grudnia 2007), w którym znalazło się zdanie o obecności studentów w hucie, przez jakiś czas nieszczęśliwie nazwanej Hutą im. Lenina, a dziś noszącej imię Sendzimira. Mnie też z kilkoma innymi kolegami z ówczesnej Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Krakowie przyszło tam być.

Wg mojej ówczesnej decyzji znalazłem się tam w pełni świadomie, ale bez rozeznania konsekwencji, które ten wybór mógł przynieść. O formalnych konsekwencjach szybko się dowiedziałem z dekretu o stanie wojennym, ale o tym, że one mogły być zastosowane wobec mnie dopiero po tym, jak opuściliśmy hutę i kilka miesięcy później, gdy uświadomiłem sobie ilu wśród tych, którzy z uczelni udali się do huty było pospolitych kapusiów.

Wyjazd do huty im. Lenina związany był bezpośrednio zamachem Jaruzelskiego z nocy 12/13 grudnia 1981 roku, ale też z tym, że nasz strajk na uczelni, gdzie zajmowaliśmy, tzn. okupowaliśmy część budynku, już dogasał. Zaczął się w drugiej połowie listopada. Udałem się nań razem z dużą częścią I roku historii pełen wiary, co było wynikiem braku dostatecznego rozeznania w ówczesnej sytuacji politycznej w Polsce, że uda się nam powalczyć z władzą. Niezbyt dobrze pamiętam wydarzenia z samego strajku. Wiem tylko tyle, że jako jeden z niewielu z naszego kierunku – wraz z Maćkiem Rosą i Adamem Gąsiorem 13 grudnia dalej strajkowałem i gdy Jaruzelski dokonał zamachu, wprowadzając stan wojenny byłem na uczelni.

Rano część z nas postanowiła pojechać – podstawionymi autobusami do huty. Przygnębiającą atmosferę treści dekretu o stanie wojennym – czytanego przez telewizyjnych lektorów w mundurach – pogłębiał strach części strajkujących, którzy nie wytrzymywali psychicznie, choć dotąd wydawali mi się, że są niezwykle odważni i zdeterminowani. Próbowali nas przekonać, że nasza decyzja o wyjeździe do huty jest błędna, gdyż w ten sposób dajemy władzy argument do ataku na nas. Część strajkujących uległa tej psychozie oraz presji i udała się do akademików, stancji lub mieszkań w Krakowie. Prosiliśmy ich o to, żeby przekazali naszym kolegom, którzy pozostawili w budynku swoje osobiste rzeczy, aby po nie przyszli. Jak niektórym wiadomo długotrwały strajk na uczelni wszedł w fazę tzw. strajku rotacyjnego. Część studentów zmęczonych dotychczasowym pobytem w budynku WSP w sobotę udała się do akademików, by się przebrać, wykąpać i trochę odpocząć. Tych, którzy pozostali na uczelni mieli zmienić po kilku dniach. Jednakże w niedzielę sytuacją się diametralnie zmieniła.

Niestety nasi koledzy nie przyszli po swoje rzeczy i my musieliśmy zabrać je do huty. Mieliśmy z tym kłopot, gdyż po kilku dniach pobytu wśród strajkujących hutników , zostaliśmy przez nich poproszeni o opuszczenie zmilitaryzowanego, na mocy dekretu o stanie wojennym, zakładu. Pobyt w takim miejscu osób nieuprawnionych, wg ustawodawstwa stanu wojennego, groził poważnymi sankcjami, aż do kary śmierci włącznie. Oczywiście dziś można powiedzieć, że jest to śmieszne, ale wówczas w mroźne grudniowe dni, gdy przed gmachem uczelni w Krakowie, a potem po ulicach samego miasta przejeżdżały czołgi samochody wojskowe oraz milicyjne pełne uzbrojonych żołnierzy i milicjantów sytuacja byłą naprawdę groźna musieliśmy z huty pod wpływem decyzji hutników uciekać. Tylko niewielka część studentów tam pozostała.

W samym kombinacie znaleźliśmy się tam już przed południem 13 grudnia. Rozlokowano nas na jakiejś hali. W czasie pobytu mieliśmy wykłady na temat sytuacji w kraju i na świecie. Przekazywano nam dość przerażające wieści, co pogłębiało atmosferę niepewności i strachu. W nocy zaś obowiązkiem studentów było pilnowanie granic obiektu, by nie dokonano w nim prowokacji. Pamiętam, że z kolegą mieliśmy dyżur (straż) wzdłuż ogrodzenia huty między godziną 23 a 1. Było bardzo mroźno, gwiazdy świeciły na niebie i co dziwne – bo to nie ten czas przecież, spadały meteoryty. Po dwóch dniach tak przeżytych opuściliśmy hutę.

Po powrocie na uczelnię zaangażowano mnie w działalność opozycyjną. Z inspiracji Adama Gąsiora kilkakrotnie zdarzało mi się przenosić ulotki, a raz nawet je drukować w jego mieszkaniu. Ta moja ograniczona działalność opozycyjna, w tym także udział w demonstracjach i takich manifestacjach na uczelni, np. w czasie zajęć ze studium wojskowego, gdy wspólnie z kolegami z historii i bibliotekoznawstwa minutą czciliśmy ofiary stanu wojennego w rocznicę jego wprowadzenia, co doprowadzało do szału wojskowych mających z nami zajęcia, pokazuje jedno: że można się było przyzwoicie zachować w tym czasie. Wiem też, że była pewna grupa ludzi, których nie starano się zwerbować do współpracy. Mnie np. nigdy czegoś takiego nie zaproponowano. Ale jak wiem też z badań archiwalnych prowadzonych w Instytucie Pamięci Narodowej w Wieliczce, kilku kolegów poszło na współpracę. I co przerażające dziś występują w nieuzasadnionej glorii opozycjonistów, co uprawnia ich choćby do kwestionowania potrzeby całkowitego otwarcia archiwów poesbeckich.

Z demonstracji w Krakowie nie zapomnę okrucieństwa, sadyzmu, a nawet bestialstwa zomowców. Parę rzeczy utkwiło mi w pamięci: babcia stojąca na przystanku przed Pocztą Główną w Krakowie bita w głowę przez nich; dowódca kompanii ZOMO wychodzący z ich miejsca zakwaterowania niepodal krakowskich Plantów, uderzający milicyjną pałą w skórzane buty – co przypominało rozjuszone zwierzę czające się do ataku na swoją ofiarę, kobieta z rozciętą głową, czego nabawiła się na skutek uderzenia strumieniem wody w jej głowę co spowodowało upadek na drzwi Kościoła Mariackiego i zdarcie skóry z jej czaszki;kordony milicjantów wokół miasteczka, gdy wychodziłem z kościoła misjonarzy, gdzie schroniłem się podczas jednej z demonstracji, demonstracyjne wycie i bicie w parapety na zomowców udających się w kierunku stadionu Wisły; walki o krzyż na miasteczku, prawdopodobnie postawiony prowokacyjnie, by wywołać określone zachowania studentów.

Wiele z tych wydarzeń miało – dziś tak sądzę –charakter prowokacji ze strony esbeków. Już w czasie stanu wojennego przekonałem się jak wielu musiało być wśród nas kapusiów, donosicieli, szpicli i prowokatorów. Na dowód tego przytoczę tylko jedno zdarzenie. Gdy wróciliśmy już na uczelnię, to po kilku miesiącach w akademiku, w którym mieszkaliśmy pojawiło się ogłoszenie, że można się zgłaszać po rzeczy pozostawione w hucie. Były one na świetlicy w akademiku poukładane w kupki, co oznacza, że niektórzy tzw. moi koledzy poszli do huty tylko po to, by tych naiwnych demonstrujących swój antykomunizm po prostu policzyć i lepiej się im przyjrzeć.

Na koniec taka smutna refleksja. Nie wiem kim było opisane przeze mnie ofiary bestialstwa. Być może nawet one nie uzyskały jakiegokolwiek zadośćuczynienia. Ale właśnie to także dla nich powinno się rozliczyć autorów stanu wojennego. Ironią historii jest również to, że w trakcie jednej z demonstracji na krakowskim Rynku wyciągnąłem z rąk zomowców moją znajomą ze studiów, która po kilku latach została żoną esbeka.

dr hab. Józef Brynkus
Poseł na Sejm RP

Zdjęcie wprowadzające do moich wspomnień: Wywieszanie transparentu na bramie głównej Huty im. Lenina w Krakowie 13 grudnia 1981 r.; fot. Józef Fularz/ipn.gov.pl

Podziel sięShare on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterEmail this to someone