Poseł Brynkus > Aktualności > Aktualności > Pilecki jako parawan dla „wyborczej” relatywizacji zbrodni stalinowskich

Pilecki jako parawan dla „wyborczej” relatywizacji zbrodni stalinowskich

Nie czytam i nie kupuję tej gazety „wybiórczej”. Jednak zostałem zmuszony do tego informacją, którą mi przekazano. W artykule Dominiki Wielowieyskiej na łamach „Gazety Wyborczej”, pojawiło się zdjęcie Rotmistrza Witolda Pileckiego na ławie oskarżonych podczas stalinowskiego procesu. Zajmuje ono prawie pół strony. Artykuł poświęcony jest – a przynajmniej tak oznajmia jego nadtytuł – rozrachunkom ze stalinizmem w III RP. Problem w tym, że fotografia narodowego bohatera, jakim bez wątpienia jest Witold Pilecki, jest w tym wypadku listkiem figowym dla żenującej relatywizacji odpowiedzialności za komunistyczne zbrodnie. A artykuł zamiast jednoznacznej oceny służy usprawiedliwieniu zaniechań ścigania ich sprawców w III RP. Świadczy o tym już sam jego tytuł „Oskarżać łatwo, skazać trudno”.

Wielowiejska artykuł napisała z dużą sprawnością propagandową,  jak przystało na „czerską” dziennikarkę od lat terminującą u brata ciotecznego stalinowskiego oprawcy. I pozornie przedstawia szeroką panoramę zagadnienia. Ale nawet powierzchowny czytelnik zauważy, że artykuł nie służy uczciwej ocenie tamtych tragicznych czasów, ale usprawiedliwieniu prawnej ochrony, jaką zdecydowana większość stalinowskich zbrodniarzy cieszyła się przez początkowe lata III RP i nadal się nią cieszy.

Wielowiejska twierdzi, że już dokonano prawdziwego i jednoznacznego rozrachunku z systemem totalitarnym, skoro niektórych sędziów czy prokuratorów postawiono w stan oskarżenia. Tym samym system sprawiedliwości działał prawidłowo. Tylko gdzieś pomiędzy wierszami przyznaje nieśmiało, że sprawiedliwość sięgnęła zaledwie w kierunku kilku przedstawicieli stalinowskiego „wymiaru niesprawiedliwości”, a większość z nich dożyła sędziwych lat w pełni korzystając z krwawo zdobytych apanaży sędziów stanu spoczynku.

Ba, kiedy odchodzili, aby przed Najwyższym zdać raport i rozliczyć się ze zbrodniczego żywota, chowano ich z wojskowymi honorami. Jak np. współsprawcę sądowego mordu na „Ince”, Danucie Siedzikównie. Trzeba było aż politycznej awantury, aby ówczesny – a przecież całkiem niedawny, bo w 2014 r. – szef MON Tomasz Siemoniak zmuszony był odwołać dwóch oficerów – dowódcę i komendanta garnizonu Koszalin – bezpośrednio odpowiedzialnych za wystawienie wojskowej asysty honorowej podczas pogrzebu prokuratora Wacława Krzyżanowskiego. A przecież ci oficerowie nie działali w próżni polityczno-prawnej. Padli ofiarą polityki konserwowania w III RP komunistycznego systemu prawnego, na mocy którego Krzyżanowski został wcześniej uniewinniony przez „niezawisły” sąd III RP.

Wielowieyska stawia tezę, że przyczyną wszelkiego zła, czy choćby tylko nieskuteczności ścigania komunistycznych zbrodniarzy sądowych po 1990 r. był fakt, że skłócona prawica nie umiała rządzić, a jedynymi skutecznie sadzającymi komunistycznych oprawców na ławach oskarżonych były rządy w latach 90. XX w., kiedy nie było jeszcze Instytutu Pamięci Narodowej. Zatem jej zdaniem najskuteczniej z stalinowskimi zbrodniarzami rozliczali się tylko ci, którzy wcześniej w Magdalence zawarli z nimi swoisty „pakt o nieagresji”. To założenie nie tylko kuriozalne, ale sprzeczne z tym, co autorka przyznaje w innym miejscu –  że tak naprawdę po 1990 r. nie skazano skutecznie i prawomocnie żadnego sędziego, czy prokuratora stalinowskiego.

Autorka artykułu nie zauważa, że brak oczyszczenia sądownictwa i prokuratury z komunistycznych złogów oraz recydywa rządów komunistów pod szyldem tylko pozornie przeliftingowanym na socjaldemokratyczny – możliwe były właśnie dzięki „zaklepaniu” przy Okrągłym Stole prawa nietykalności dla postkomunistycznych kast „świętych krów” w służbach i resortach. To nie kto inny jak Adam Michnik, guru Wielowieyskiej, określił komunistycznych zbrodniarzy mianem „ludzi honoru”. Po tym, jak wcześniej pijąc z nimi wódkę w Magdalenkowych salonach, zagwarantował im dotrzymanie obietnicy nietykalności. A skoro nietykalnymi „ludźmi honoru” byli ludzie GRU czy KGB, jak Jaruzelski czy Kiszczak, to przecież też nie mógł spaść włos głowy ich podwładnym. Bo podwładni wykonywali tylko rozkazy… Stalinów, Bierutów, Gomułków, Jaruzelskich, Kiszczaków.

W tym kierunku idą kolejne tezy Wielowieyskiej, np. ta, że zdaniem niektórych prawniczych „autorytetów” sędziowie i prokuratorzy stalinowscy, podobnie jak w stanie wojennym, działali w ówcześnie obowiązującym systemie prawa. Nic to, że było to prawo zbrodnicze. Czyżby zdaniem autorki artykułu i cytowanych przez nią przedstawicieli postkomunistycznego prawa, zbrodnia nie była zbrodnią, gdy prawo na nią zezwala?

Oczywiście Wielowiejska nie popełniła błędu propagandowego i nie opowiedziała się jednoznacznie po stronie oprawców. Przytoczyła jedynie cały szereg argumentów używanych przez sądowniczą kastę dla uzasadnienia niemożności ścigania tych, którzy ferowali wyroki śmierci, wnioskowali o nie i nadzorowali ich wykonanie. Tych, którzy drakońskimi represjami łamali ludziom życie i kręgosłupy. Wywody podparła wypowiedziami popularnych w mainstreamie prawników, relatywizujących sprawę odpowiedzialności karnej swoich współkolegów. A także przypomnieniem wyroku Izby Wojskowej Sądu Najwyższego, który utrzymał w mocy uniewinnienie Krzyżanowskiego. To właśnie sędziowie tej Izby – na szczęście odesłanej już w niebyt jako postkomunistyczny relikt – sformułowali zasady w myśl których wnioskowanie przez prokuratora o karę śmierci, a zatem w realiach obowiązywania zbrodniczego prawa o dokonanie zbrodni sądowej, nie stanowi przestępstwa. Ten wyrok zapadł zaledwie przed kilkunastu laty, w 2001 r.

W artykule nie zabrakło przypomnienia postaci takich jak: jak sędzia Maria Gurowska, która skazała na śmierć gen. Augusta Emila Fieldorfa i sędzia (później profesor prawa) Igor Andrejew, który ten wyrok zatwierdził. Czy prokuratora Czesława Łapińskiego, który oskarżał Stanisława Sojczyńskiego „Warszyca” oraz grupę Pileckiego. Postać prokurator Heleny Wolińskiej stała się pretekstem do przypomnienia oskarżeń Polaków o antysemityzm, a osoba sędziego Stefana Michnika do ataku na PiS, które rzekomo dba o to, aby sprawa ta „wciąż była głośna, bo to przyrodni brat redaktora naczelnego „Wyborczej”.” Wszystkich ich wymieniono z nazwiskami, bo… albo już nie żyją, albo znajdują się na emigracji. Ale już osobę stalinowskiego prokuratora, a później poczytnego pisarza komunistycznego Zbigniewa D. (tak jest w artykule Wielowiejskiej) ukryto za inicjałem. Dopiero niedawno, dzięki prokuratorom z pionu śledczego IPN postawiono mu zarzuty. Niestety, nie o żądanie kar śmierci, ani o nadzorowanie ich wykonania, ale o „podżeganie do bezprawnego pozbawienia wolności.” Bo z zarzutów odnośnie kar śmierci prokurator wytłumaczył się… wykonywaniem obowiązków służbowych. Musiał przecież podpisywać akty oskarżenia i musiał nadzorować wykonanie kar, a to wszystko czynił w warunkach ówcześnie obowiązującego prawa. Żaden niezreformowany sędzia w III RP nie odważy się go za to skazać. Dlaczego zatem ukryto go za inicjałem? Bo żyje sobie wygodnie w Polsce, pod Rzeszowem. A przecież informacje o Zbigniewie Domino, bo o niego tu chodzi, dostępne są w katalogu Biura Lustracyjnego IPN. Wielowiejska więc zgodnie z ideą swojego „czerskiego” guru nadal ochrania „ludzi honoru”.

Wielowieyska broni środowisko postkomunistycznych prawników argumentem, że jest prawo do błędu oraz domniemanie niewinności. Prawo do błędu mają sędziowie i prokuratorzy, którzy mogą niewłaściwie ocenić podsądnych i domniemanie niewinności chroni ich przed odpowiedzialnością karną, dopóki nie dowiedzie im się, że świadomie działali w sposób zbrodniczy. Niestety, owo domniemanie niewinności stalinowskich sędziów i prokuratorów ma się nijak do domniemania niewinności skazywanych i mordowanych przez nich ludzi. Bo wobec patriotów skazywanych w okresie stalinowskim, ale także w kolejnych latach rządów komunistów w Polsce, żadnego domniemania niewinności nie stosowano, z góry zakładając, że skoro jest człowiek, to znajdzie się na niego paragraf, a jeżeli będzie skutkował karą śmierci, to tym lepiej, gdyż odstraszy potencjalnych naśladowców.

W artykule Wielowiejskiej nie zabrakło także odniesienia do kwestii ścigania sprawców zbrodni innego totalitarnego systemu, którego doświadczyło społeczeństwo polskie, czyli zbrodniarzy niemieckich. Autorka przypomniała zasadę sformułowaną przez niemieckiego filozofa prawa Gustava Radbrucha w odniesieniu do zbrodni hitlerowskich. Zasada ta głosi, że jeżeli przepis prawa drastycznie łamie zasady moralne, to nie jest on moralnie obowiązujący. A zatem można go nie respektować i nie stosować.

Wielowieyska dosyć dobrze pokazała meandry relatywizacji postkomunistycznego prawa, pozwalające stalinowskim zbrodniarzom czuć się bezpiecznie aż po kres ich dni. W artykule zabrakło jednak odpowiedzi na podstawowe w takiej sytuacji pytania. Czyżby dlatego, że są one niewygodne dla autorki i jej środowiska?

Główna linia wywodów artykułu Wielowieyskiej ma prowadzić do uznania, że nie ma racji Zbigniew Ziobro próbując reformować system wymiaru sprawiedliwości zaś współczesna sędziowska kasta nie jest kontynuatorem postkomunistycznej czy tym bardziej stalinowskiej. I tu Wielowieyska strzeliła sobie w przysłowiowe kolano. Bo skoro przyznała, że żadnego stalinowskiego sędziego czy prokuratora – oczywistych zbrodniarzy – nie udało się dotychczas prawomocnie skazać w III RP, to znaczy, że wymiar sprawiedliwości tejże III RP nie działa prawidłowo. Czyżby sędziowie orzekający w tych sprawach czuli się moralnymi następcami, lub kastowymi towarzyszami oskarżonych? Jeżeli tak jest, a przecież odpowiedź taka nasuwa się w sposób oczywisty, niewątpliwie jest co reformować w polskim wymiarze sprawiedliwości.

Lektura artykułu Wielowiejskiej wzmacnia twierdzenie, że polski wymiar sprawiedliwości wymaga dogłębnej i gruntownej reformy. Jego kadry wymagają albo zmiany nastawienia i myślenia albo wymiany.  Reformy – nawet jeżeli drastyczne – są konieczne, bo wykorzenienie postkomunistycznego myślenia i nawyków jest niewątpliwie trudne, zaś wymiana pokoleniowa nie tylko następuje zbyt wolno, ale przede wszystkim naraża kolejne pokolenia adeptów Temidy na zatrucie filozofią prawa z tamtej epoki.

Najważniejsze i podstawowe pytania, na które odpowiedzi zabrakło w artykule Dominiki Wielowieyskiej brzmią bowiem: Kiedy wreszcie III RP zerwie ostatecznie okrągłostołową pępowinę z PRL? Kiedy zbrodnie komunistyczne zostaną jednoznacznie potępione, nie dlatego, że stanowiły złamanie tamtego systemu prawnego, ale dlatego, że cały tamten system był zbrodnią i bezprawiem? Kiedy cały system komunistyczny zostanie jednoznacznie uznany za zbrodniczy we wszystkich jego przejawach, a wszyscy, którzy czerpali z niego pożytki doczekają się właściwej oceny – nie dlatego, że łamali ówczesne prawo, ale dlatego, że z przywilejów płynących tego zbrodniczego prawa korzystali?

Gdy uzyskamy już odpowiedzi na te pytania, konieczna będzie jeszcze odpowiedź na kolejne: Kto i kiedy, spośród tuzów III RP, poniesie odpowiedzialność za uznawanie zdrajców i komunistycznych zbrodniarzy za „ludzi honoru” i otaczanie ich i ich sługusów ochronnym parasolem? I czy przypadkiem to nie środowisko tak bliskie redaktor Wielowieyskiej ma w tej materii najwięcej na sumieniu?

Witold Pilecki był człowiekiem krystalicznego charakteru. Dla niego wartości, także takie jak prawo i praworządność,  nie były relatywne, a honor i uczciwość stanowiły wyznacznik jego życiowej postawy. Dla Polaków to narodowy bohater. Dla środowiska uporczywie broniącego swoich ideowych korzeni i więzi z PRL, winnego petryfikacji i konserwacji komunistycznej filozofii prawa i postkomunistycznej mentalności w III RP, Pilecki jest tylko pretekstem i listkiem figowym do publicystycznych manipulacji. Przypominanie w tej sytuacji o zwykłej ludzkiej przyzwoitości byłoby rzucaniem przysłowiowym grochem o ścianę. Bo przecież tonący „brzydko” się chwyta, a coraz bardziej upadająca gazeta nadmiarem moralności nigdy nie grzeszyła. Zatem krótko i węzłowato – wara Wam od Polskich Bohaterów. Oni nie są na kupczenie i na parawan dla relatywizowania naszej historii! Wara od Pileckiego!

Autorzy: dr hab. Józef Brynkus, Michał Siwiec-Cielebon