W piątek 4 listopada 2016 roku w Sejmie przeżyliśmy kolejne upokorzenie jako naród i społeczeństwo polskie. Upokorzenie związane z przyjęciem – i to przez aklamację – uchwały upamiętniającej Andrzeja Wajdę. Jeszcze bardzie upokorzyło się samo Prawo i Sprawiedliwość. Pytanie świadomie, czy też ze względu na ewentualne korzyści polityczne, medialne czy propagandowe? I czy na pewno było warto? Tego upokorzenia nie był w stanie zdzierżyć Jarosław Kaczyński, który w momencie, gdy do niego dochodziło wybiegł z sali obrad. Upokorzenia nie chciało też jeszcze kilku innych posłów, którzy wyszli z sali podczas odczytywania przez Marszałka Marka Kuchcińskiego treści uchwały. W transmisji obrad widać było, że byli to posłowie Klubu Kukiz’15 – Anna Maria Siarkowska i profesor Józef Brynkus, oraz dwaj do niedawna „sejmowi endecy” Bartosz Józwiak i Tomasz Rzymkowski, a także Ireneusz Zyska z WiS-u i niezależny  Robert Winnicki. Dlaczego tylko ci nieliczni?

Wiadomo, że z pomysłem uchwały wystąpiła Nowoczesna. I to nie dziwi. Przygotowała projekt byle jaki. To także nie dziwi, bo to u nich standard. Nie chodziło jej tak naprawdę o Wajdę, ale o demonstrację polityczno-ideologiczną. Ale dziwi, że tej demonstracji ulegli tchórzliwie posłowie innych ugrupowań, w tym partii rządzącej, która jak wiadomo opowiada się za polską polityką historyczną. Czyli za czymś, z czym Andrzej Wajda walczył jak mógł,  co relatywizował, podważał i krytykował w służbie lewackoliberalnej wizji pseudowartości. Z tego co wiadomo, pierwotna wersja uchwały była apologetyczna wobec Wajdy i skrajnie antypolska. Została częściowo zakwestionowana przez niektórych posłów Kukiz’15 i PiS. Ale przecież, nikt nie miał odwagi, aby powiedzieć wprost, głośno i z mównicy – przemyślmy to, pochwalmy Wajdę, mistrza kina, ale przecież nie chwalmy jego manipulacji polskością, polską historią i polskimi wartościami. W wyniku targów i cięć z uchwały narodził się potworek, w którym pochwalono Wajdę za tak antypolskie filmy jak „Kanał” czy „Popiół i diament”… Obciach modelowy.

Nowoczesna zgodziła się jednak na owe radykalne cięcia w treści uchwały, co dowodzi, że nie szło jej o upamiętnienie Wajdy, ale o otwarcie kolejnego frontu walki z sejmową większością. I prawie się jej udało. Prawie, bo uchwałę przyjęto. Ale tylko prawie, gdyż nie wszyscy „potworka z aklamacji”. Prowokacji nie uległ Jarosław Kaczyński, ale przecież nie mógł zagłosować za upamiętnieniem człowieka, który odgrażał się PiS-owi, że go wystrzela. W efekcie, gdy parlamentarzyści przeszli do rozpatrywania tego punktu porządku obrad, demonstracyjnie opuścił salę obrad. Nie chcąc brać udziału w nie do końca przemyślanym przedsięwzięciu politycznym, wyszło także kilku innych posłów.

Generalnie trzeba stwierdzić, że nikt nie powinien być szantażowany „argumentami moralnymi” o uczczeniu pamięci Wajdy, tym, że zmarłych się nie krytykuje. Bo wtedy pozbawilibyśmy się oręża do merytorycznej i historycznej oceny kogokolwiek. Nie możemy ulegać szantażowi tym, że dostał Oscara, Złotą Palmę, i że świat go podziwiał. Nie możemy ulegać także z tych powodów, że zarówno Oscar jak i Złota Palma to nagrody przyznawane przez środowiska, którymi kierują określone opcje polityczne i które lansują określone poglądy. Których wcale nie musi podzielać część społeczeństwa, ba zdrowa większość  na szczęście nie podziela. Polityczna poprawność nie jest na szczęście „religią” wszystkich, zatem i sam Wajda „świętym” niech zostanie tylko dla niektórych.

Co więcej mamy prawo do własnej oceny artystycznej twórczości tego reżysera. Przede wszystkim prawo do rzetelnej, przez pryzmat polskiego systemu wartości, oceny twórczości Wajdy pod względem ideowym. Tym bardziej, jeżeli takiej oceny dokonuje polski Sejm. A tego jednak w podejmowanej uchwale zdecydowanie zabrakło.

Wajda od zawsze był pupilem Polski Ludowej. W jego twórczość nie ingerowała cenzura peerelowska. Przynajmniej nie w takim wymiarze, aby jakiś film całkowicie „zdjąć” czy pociąć tak, że nic z niego, z jego wymowy, nie zostało. Zawsze dostawał od władzy to, co mu było potrzebne do produkowania filmów: finanse i zaplecze organizacyjne, ale przede wszystkim wsparcie polityczne. Już samo to – przy wiedzy, czym był zbrodniczy system komunistyczny Polski Ludowej – powinno być dla parlamentarzystów sygnałem ostrzegawczym, przed apologetyzowaniem Wajdy.

Skoro Wajda, jako Polak, miał „ogromne zasługi dla historii kina i teatru” (choć może bardziej powinno być – dla kina i teatru, a zasługi jego były – historyczne – bo przecież Wajda nie był badaczem czy dziejopisem historii kina i teatru – ot, taka językowa „wpadka” uchwałotwórczych geniuszy) i przejawiał „artystyczny kunszt”, możemy go chwalić za te sprawy, i możemy się nim chwalić w świecie. Za to przecież dostał owe nagrody, Oscara, Złotą Palmę, a w Polsce uhonorowany został najwyższymi odznaczeniami, w tym Orderem Orła Białego.

To wspaniale, że był „inspiratorem i symbolem polskiej szkoły filmowej, przy tym twórcą ponadczasowym i docenianym na całym świecie”. Bo przecież kino jako sztuka, rządzi się swoimi prawami, swoimi ocenami. Skoro w tym zamkniętym jak swoiste getto, zawodowym „całym świecie”, zauważano artystyczną wymowę dzieł Wajdy, możemy się cieszyć. Bo był to Wajdy i jemu podobnych krąg patrzenia na świat, jego oglądu, wizji. Cieszmy się, że inni twórcy i lobbyści docenili także twórcę z Polski. Ale przecież nie za polskość jego filmów, tylko za jakieś koncepcje artystyczne, które wszak nie zawsze muszą służyć prawdzie wartości i prawdziwym wartościom.

Żaden z filmów Wajdy nie był zakazany. Z mniejszym lub większym prasowym aplauzem, były oficjalnie komentowane i najczęściej po prostu lansowane. To dowodzi, że filmy te były zawsze „na czasie” a ich wymowę komuniści akceptowali. Jeśli zatem, jak chcą twórcy  sejmowej uchwały, miał wpływ na kształtowanie tożsamości narodowej Polaków, to warto zastanowić się: Jaki? Jak wielki, ale przede wszystkim, jaki jakościowo? Niewątpliwie, jeżeli zauważymy, że twórczość Wajdy była dopuszczana bez problemów do prezentacji  w telewizji i w kinach, twórca wpływ na kształtowanie tożsamości Polaków miał. Musi więc zrodzić się pytanie, jaka to była (miała być) tożsamość, i jakie było owo wajdowskie jej „kształtowanie”?

Niestety, w wielu wypadkach nie był to wpływ sprzyjający przekazywaniu polskich wartości, ale wpływ relatywizujący je, nierzadko kwestionujący czy nawet wyśmiewający. Zatem był to wpływ sprzyjający budowaniu fałszywej tożsamości Polaków. Wajda tworzył filmy według komunistycznej akceptacji, zgodne z zakulisową potrzebą i urzędową akceptacją manipulacji świadomością odbiorców. A, że faktycznie był dość sprawnym reżyserem, to jego filmy były oglądane, a „władzy ludowej” wręcz potrzebne. Niegdyś były oglądane z tego powodu, że nie było alternatywy, a co więcej uczniów wysyłano choćby na „Popiół i diament”, jako obowiązkową edukację polonistyczno-historyczną. Dziś, w czasach wolności w Polsce oglądane i chwalone są… ze względu na skuteczną propagandę medialną.

Czy pamiętamy wszyscy, jak Wajda debiutował? Czym? Jakimi filmami? Oczywiście nie chodzi o jeden konkretny film, bo było ich kilka co najmniej, praktycznie rok po roku, a i sam Wajda rozwijał się artystycznie (i dojrzewał politycznie), co w tych filmach widać także. Od skrajnie fałszywego historycznie i głęboko propagandowego w wymowie „Pokolenia”, poprzez „Kanał”, „Popiół i diament” do „Lotnej”. To taki czas rodzenia się twórcy z problemem zrozumienia własnej tożsamości. I oczywiście, jak to twórca, Wajda przerzuca na odbiorców swych dzieł własne problemy mentalne, swój w gruncie rzeczy antypolski w wymowie, rewizjonizm i relatywizacje naszej historii.

Podejmuje pozorne z polskiego punktu widzenia rozrachunki z historią, którą Polacy przeżyli, by obarczać właśnie Polaków odpowiedzialnością za tąż historię. Jakby to Polska najechała III Rzeszę, jakby miłujący pokój komuniści nieśli postęp i cywilizację miłości i dobra. I w aktach sprzeciwu przeciwko „dziejowym koniecznościom” ci bezmyślni Polacy w krwawym wrześniu 1939 roku bezsensownie szarżowali „z szabelką na czołgi”, które przecież mocniejsze były, więc należało… Co? Nie stawiać oporu najeźdźcom? Wywołali  Powstanie Warszawskie i bili się w nim bezsensownie, i miotali w kanałach… Po co? Aby nurzać i topić się w fekaliach? Aby Niemcy mogli zniszczyć Warszawę? A tu Sowieci przecież nadchodzili, i Warszawa mogła zostać… co? Niezburzona? A Polacy, warszawiacy mogli przecież… Co? Tylko pojechać na „białe niedźwiedzie”? No i nie dosyć, że Polacy owe krwawe hekatomby bezmyślnie wywołali i w imię jakichś, czyichś interesów bili się zamiast kapitulować przed najeźdźcami, to jeszcze równie bezmyślnie, już po wojnie, kiedy wiadomo było kto jest „panem i władcą”, strzelali do porządnych ludzi, aby czysty ideał walki o wolność ostatecznie zginął na śmietniku… Jak odpad jakiś, zbędny, wyrzucony, nieświeży już…

Oczywiście, kanwą tych wszystkich wajdowych, propagandowych w podtekście, filmideł była twórczość równie „zaangażowanych” w latach Polski Ludowej literatów: Bohdana Czeszki, Jerzego Andrzejewskiego, Wojciecha Żukrowskiego czy Jerzego Stefana Stawińskiego. A wszyscy oni także pragnęli zaistnieć w komunistycznym państwie i inspirowani byli bądź to partyjnymi koniecznościami i poleceniami komitetów jak np. Czeszko, bądź to aktami bezpieki, poszukującej sposobu na zohydzenie polskiego podziemia, jak np. Andrzejewski. Brali udział w tych walkach, jak Żukrowski w 1939 r. czy Stawiński w Powstaniu, więc teraz – dla „odkupienia win” – chcieli legitymizować siebie wobec nowej władzy, legitymizując ową nową, uzurpatorską wobec Polski i Polaków władzę.

Ot, choćby i ten fakt, że nie było w historii polskiej kawalerii ani jednej szarży czyli natarcia w szyku konnym, na broń pancerną nieprzyjaciela. Regulaminy i instrukcje nie przewidywały takiej sytuacji, ba uznawały taką możliwość za zbrodnicze samobójstwo, a polscy dowódcy zbyt cenili krew żołnierza, aby nią szafować w bezmyślny sposób. – Zatem – to tylko oszustwo Żukrowskiego, i wizja Wajdy? Wizja, która oddziaływała na tysiące, ba miliony Polaków. Ktoś na to pozwolił, komuś było to potrzebne.

A sprawa Stanisława Kosickiego, która posłużyła Andrzejewskiemu za kanwę „Popiołu i diamentu”? Młody żołnierz Armii Krajowej Staszek Kosicki pełniąc zadania chronienia mieszkańców Ostrowca Świętokrzyskiego przed szerzącym się w strefie przyfrontowej bandytyzmem, zastrzelił w dzień po tzw. wyzwoleniu, uzbrojonego człowieka dokonującego napadu rabunkowego i usiłującego dokonać gwałtu. Tym zastrzelonym okazał się być „żołnierz Armii Ludowej” i kandydat na wojewodę kieleckiego z ramienia Polskiej Partii Robotniczej. Komuniści ponieśli wielką stratę, ale przecież, nie w ciemię bici byli. No cóż, znajdzie się nowy wojewoda, a… już mamy „nowego świętego”. Jednak nie tylko. Sprawca musiał ponieść karę, a wraz z nim całe jego środowisko, całe pokolenie. I do tego zdaniem bezpieki Stanisław Kosicki nadawał się świetnie. Tylko cudem uszedł z życiem, wielokrotnie więziony, ścigany po całej Polsce, prześladowany do 1989 roku praktycznie nieustannie. Zniszczono mu rodzinę, niszczono reputację, ale przede wszystkim, niszczono ideę, której służył, ideę wolności Polaków i suwerenności ojczyny. Dlatego akt sprawy „udzielono do wglądu” Andrzejewskiemu, aby zrobił z nich literacki użytek. Tak powstał Maciek Chełmicki, desperat bez idei i bez wiary, przeżarty wojną tak bardzo, że mogąc odpocząć i beztrosko żyć, bez sensu wykonuje swe zbrodnicze zadanie do końca, mordując i ponosząc tego konsekwencje. Ginąc na śmietniku wraz z ideą (w domyśle: bezsensowną i zbrodnicza) której służył.

Dlaczego Wajda wybierał do ekranizacji właśnie ten rodzaj prozy? Była tak świetna do kreacji artystycznej? A może po prostu usprawiedliwiała manipulację, bo „wstępu” dokonał już ktoś inny? Czy po prostu wiedział, jak się zasłużyć władzy i jak na pochwały tejże władzy zasłużyć?

Kino – później także telewizja – to nośniki o oddziaływaniu o wiele większym, niż sama literatura. I o wiele prostszym, ładującym wszelkie miazmaty wprost w podświadomość odbiorcy. Komuniści świetnie o tym wiedzieli. Taki wybór Wajdy musiał ich cieszyć, a efekty wspierali tym chętniej. Bo to była skuteczna manipulacja. I niestety widać, że pomysłodawcy uchwały reżysera upamiętniającej zostali zabiegowi tej manipulacji poddani nader skutecznie. wszak przywołują w swej uchwale jako dzieła wybitne Wajdy „Kanał” oraz „Popiół i diament”. Filmy zafałszowujące istotę walki powstańców warszawskich i niepodległościowców. Z czego zdawał sobie sprawę sam Wajda.

Autorzy uchwały wpisali w niej, że czczą „wielkiego patriotę”, dzięki twórczości którego „świat mógł poznać lepiej i zrozumieć zawiłości polskiej historii”. Czyżby? Na pewno? Świat z twórczości Wajdy dowiedział się o jego artystycznych wizjach, kreacjach. Ale niczego prawdziwego nie dowiedział się ani o zawiłościach polskiej historii, ani nie był w stanie jej samej poznać, a tym bardziej zrozumieć. Więc gdzie tu ów „wielki” patriotyzm? Zdecydowanie więcej go mieli ci, którzy przez lata mieszkając poza granicami Polski, pozostawali wierni ideom Armii Krajowej czy niepodległościowego podziemia powojennego. Ci, którzy w Polsce żyjąc i mieszkając na co dzień, nie korzystali z przywilejów i apanaży Wajdy, ani z żadnych dóbr, które ludowa władza wybrańcom swoim oferowała.

W efekcie ostatecznym, ową uchwałą polscy parlamentarzyści w niezbyt „lotny” sposób wpuścili wszelki „popiół i diament” narodowych wartości w kompletny „kanał”. Na pytanie bowiem, kogo uczcili posłowie – odpowiedź jest oczywista: Andrzeja Wajdę, twórcę perfekcyjnie manipulującego polską tożsamością narodową i kształtującego ją na obraz akceptowany i wręcz pożądany przez komunistów i światowe antyhumanistyczne lewactwo.

Autor: Michał Siwiec-Cielebon

Źródło: Portal Pressmania.pl

fot: transmisja posiedzenia Sejmu RP