Poseł Brynkus > Aktualności > Wykląć Bohaterów – zabić legendę wolności – to był cel komunistów

Wykląć Bohaterów – zabić legendę wolności – to był cel komunistów

Podziel sięShare on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterEmail this to someone

Po raz kolejny obchodzimy Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Zainicjowany w 2010 roku przez ś.p. Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego, stał się od 2011 r. oficjalnym świętem państwowym – narodu wyzwolonego spod jarzma totalitaryzmu. Ale wciąż jak czkawka powracają, serwowane przez antypolskie media, a podejmowane przez niektórych polityków próby relatywizowania wysiłku Trzeciej Konspiracji i dzielenia Niezłomnych na lepszych i gorszych. Niezłomnych, bo coraz częściej i w sposób oczywisty stawiamy znak równości pomiędzy tymi określeniami – Wyklęci = Niezłomni – paradoksalnie w zbieżny sposób opisującymi ostatnich wojennych Mohikanów II Rzeczypospolitej. Wyklęci zostali przez wrogów, Niezłomnymi pozostali w wierności Ojczyźnie.

Ostatnio przez media przetoczyła się dyskusja o rzekomej potrzebie weryfikacji Żołnierzy Wyklętych, wśród których mieli być zarówno bohaterowie niezłomnie walczący o niepodległość Rzeczypospolitej, jak i pospolici zbrodniarze. Padły przy tym „przykłady” kapitana Romualda Rajsa „Burego” z V Brygady Wileńskiej AK czy majora Józefa Kurasia „Ognia” dowodzącego Zgrupowaniem Partyzanckim „Błyskawica”. Ale takich nazwisk i nazw oddziałów można spotkać więcej w różnych regionach Polski, jak choćby Grupa Operacyjna „Burza” kapitana Mieczysława Wądolnego „Granita” „Mściciela”, działająca na Ziemi Wadowickiej. Mieli oni być nie tylko Wyklęci, ale rzekomo wręcz przeklęci przez ludzi, którzy stali się ich ofiarami. Kto zatem wyklął czy przeklął partyzantów i konspiratorów, kontynuujących walkę z komunistami okupującymi Polskę po zakończeniu II wojny światowej? Walkę wbrew nadziei, wbrew paktom międzynarodowym akceptującym powojenny podział świata i oddającym Polskę we władanie Stalina?

Racja stanu

Medialni manipulatorzy podają liczne przykłady rzekomych zbrodni, gwałtów i krzywd zadanych przez polskie podziemie niepodległościowe bogobojnym i nie wadzącym nikomu obywatelom i wzywają do „weryfikacji” żołnierzy a nawet całych oddziałów podziemia. Politycy chcący za wszelką cenę zabłysnąć czymkolwiek, byle tylko światło jupiterów i fleszy polizało ich czoła, podchwytują owe informacje i nie bacząc, że warto by je sprawdzić, głoszą światu jako omal „objawioną prawdę”. Nie zauważają, że postępują niegodziwie, nie widzą, że powinni się wstydzić, jeżeli uważają się za Polaków. Nie widzą, że stają się destruktorami Polski i wiary w imponderabilia, takie jak wierność Ojczyźnie, wolność narodu czy suwerenność Rzeczypospolitej. Działają wbrew polskiej racji stanu.

Polska racja stanu wymagała po wojnie… istnienia Żołnierzy Wyklętych. Jeżeli by ich nie było to Polska nie byłaby godna odzyskać suwerenności. Brak Wyklętych oznaczałby, że wszyscy Polacy akceptują zniewolenie. Naród zmęczony był prawie sześcioletnią wojną, a powojenny czas okazał się dalszą niewolą niosącą konieczność walki o przetrwanie. Wszyscy nie mogli iść do lasu, ale ci, którzy z niego wyjść nie mogli, aby nie zostać wymordowanymi przez sowietów, także chcieli żyć. Świat zaś potrzebował widomego sygnału, że alianci postąpili niegodziwie, godząc się na oddanie znacznej części Europy w krwawe ręce bolszewików. Tym sygnałem – na tyle głośnym i wyraźnym, aby do wolnego świata dotarł – mogła być jedynie walka zbrojna.

Przez kogo Wyklęci?

Wojna nie jest zabawą grzecznych dzieci w piaskownicy. Niesie ze sobą wiele decyzji trudnych i deklaracji, które przynoszą owoce ostateczne. Nawet walka najbardziej rycerska, ale toczona na śmierć i życie, w warunkach wojny totalnej, śmierć ze sobą niesie. Ale jeżeli śmierć w boju wydaje się dla wielu zrozumiała, śmierć poniesiona w innych okolicznościach bywa okazją do prób relatywizacji, do poddawania w wątpliwość całego sensu wojny i walki, bez względu na to, o jakie najpiękniejsze ideały by chodziło.

Ale wojna, szczególnie wojna totalna, powoduje konieczność owych deklaracji nie tylko ze strony walczących z bronią w ręku, a także ze strony tych pozornie zbrojnie nie zaangażowanych. Taki był charakter II wojny światowej i charakter dalszej walki o wolność Polski po zakończeniu tej wojny. Byli volksdeutsche i byli PPR-owcy, byli szpicle gestapo i funkcjonariusze bezpieki. Wszyscy oni realizowali politykę okupantów i nie służyli Polsce, ale jej zniewoleniu.

Po przeciwnej stronie – tej polskiej – stali żołnierze konspiracji antyhitlerowskiej i antysowieckiej, którzy starali się przeciwdziałać złu i zbrodniom niesionym przez oba totalitaryzmy. Musieli z czegoś żyć, musieli egzekwować polskie prawo, czyli karać zdrajców i wreszcie musieli się bronić, gdy atakował ich nieprzyjaciel.

Ofiary podziemia, przedstawiane często jako poczciwi i skrzywdzeni ludzie, najczęściej wywodziły się spośród wspomnianych wyżej kategorii współpracowników niemieckich czy sowieckich. Równie często byli to pospolici przestępcy kryminalni, którym podziemie wymierzało sprawiedliwość, której aparat okupantów wymierzyć nie potrafił lub nie chciał, gdyż kryminalny margines był wygodnym narzędziem do walki z Polakami zarówno dla Niemców, jak i komunistów.

I to przez nich i ich rodziny – volksdeutschów i PPR-owców, gestapowców i bezpiekowców, zostali Wyklęci żołnierze Polskiego podziemia niepodległościowego.

Zweryfikować Polskę? A może oskarżycieli?

Na pewno mogły się zdarzyć przypadki tragiczne, pomyłki, samosądy. Wieloletnia wojna potrafiła zdeprawować nawet najtwardsze charaktery. Ale nie można oceniać przez pryzmat zdarzeń przypadkowych lub będących wynikiem jednostkowej wojennej degrengolady całego wysiłku zbrojnego Polaków. Tym bardziej nie można stosować prób odpowiedzialności zbiorowej. Czymże zatem jest ów postulat „weryfikacji”?

Od kilkudziesięciu lat obok relatywizowania polskiego wysiłku niepodległościowego pojawiło się zjawisko, które z czasem nazwane zostało „pedagogiką wstydu”. Ma ono podważyć w polskim społeczeństwie wiarę w ideały, przyświecające walce o wolność, poprzez wykazanie, że nie wszyscy i nie zawsze byli bohaterami.

Świetnymi pretekstami do takich manipulacji są sprawy narodowościowe. Oto Józef Kuraś „Ogień” przedstawiany jest jako antysemita, zaś Romuald Rajs „Bury” jak nacjonalista, mordujący przedstawicieli narodowych mniejszości. Tyle, że twierdzenia o antysemityzmie „Ognia” oparto na sfałszowanych przez PPR-owca Władysława Machejka rzekomych zapiskach bohaterskiego partyzanta, zaś zarzut nacjonalizmu „Burego” podbudowano głównie podporządkowaniem jego oddziału Narodowym Siłom Zbrojnym.

Za to aby znaleźć informacje, że Żydzi którzy ginęli z rąk podwładnych mjra „Ognia”  byli z reguły przedstawicielami organów bezpieczeństwa lub działaczami partii komunistycznej, trzeba szukać w specjalistycznych periodykach i fachowych opracowaniach. Jeszcze trudniej znaleźć prawdziwy obraz Białorusinów z Podlasia i nie tylko, tych którzy z radością witali i czerwonoarmistów i hitlerowców, za to Polaków mordowali i na śmierć wydawali. To oni wszak mieli być „niewinnymi” ofiarami oddziału kpt. Rajsa.

W przypadku Kurasia perfidia jest jeszcze większa. Oto najgłośniejszymi oskarżycielami Bohatera Podhala są ramię w ramię potomkowie Słowaków, okupujących polskie ziemie Spisza i Orawy, oraz wysługujących się okupantom członków Goralenvolku, wymyślonego przez hitlerowskich specjalistów od ras ludzkich narodu góralskiego. Bo oba te zjawiska, antypolskiego słowactwa i goralenvolku ścigane były z wyroków sądów Polskiego Państwa Podziemnego, a egzekutorami tych wyroków byli m.in. żołnierze „Ognia”.

Gdy zamilkły pepesze… ogniem fałszywej propagandy

Władza ludowa potrzebowała swojej hagiografii. Z drugiej strony, nie mogła dopuścić do utrwalenia legendy rzeczywistych polskich Bohaterów, którzy wprawdzie ponieśli klęskę w walce zbrojnej, ale przecież stali się mitem prawdziwego heroizmu w szerokich warstwach społeczeństwa. Kiedy zmieniły się czasy i okoliczności, walkę zbrojną zastąpili komuniści zmasowanymi atakami propagandowymi. Były one coraz mniej nachalne, za to coraz bardziej finezyjne. Masowe zakłamane trybunały i procesy zastąpiły coraz bardziej sprawne manipulacje prasowe, a z czasem książkowe. Oblicze „zaplutych karłów reakcji’ opisywali partyjni propagandyści i funkcjonariusze bezpieki, tworząc „dzieła” poświęcone walkom m.in. na Kielecczyźnie (Mieczysław Moczar, Stefan Skwarek), w których zohydzano Brygadę Świętokrzyską Narodowych Sił Zbrojnych, czy w Małopolsce (Władysław Machejek i Stanisław Wałach). Machejek zasłynął sfałszowaniem rzekomego „Dziennika Ognia”, opublikowanego w „Rano przeszedł huragan”, Wałach osiągnął taką perfekcję w firmowaniu swoim nazwiskiem zespołowych opracowań powstających w archiwach Służby Bezpieczeństwa, że po wydaniu zalecanej jako lektura szkolna i zohydzającej podziemie na Podhalu i w Nowosądeckiem książki „Był w Polsce czas…”, gdy zorientował się, że przetrwała legenda drugiego po Zgrupowaniu „Ognia” oddziału zbrojnego w Krakowskiem – Grupy Operacyjnej „Burza” M. Wądolnego „Mściciela”, także legendę tego oddziału postanowił zniszczyć propagandową publikacją, zatytułowaną „Świadectwo tamtym dniom…”. Zaiste, jest to „świadectwo” fałszu i zakłamania, ale przede wszystkim nienawiści aparatu bezpieczeństwa i komunistów do wszystkiego, co kojarzyło się z Wolną Polską.

Wszystkie te publikacje tworzono z wielką pieczołowitością, pracowicie i bardzo starannie mieszając informacje prawdziwe z fałszywymi i półprawdami. Chodziło o osiągnięcie efektu prawdopodobieństwa. Wykorzystywano materiały archiwalne Urzędów Bezpieczeństwa z czasów najbardziej opresyjnej działalności tego resortu, powstałe w wyniku zbrodniczych naruszeń praworządności, nawet tej komunistycznej. Ważny był cel – zniszczenie legendy niepodległościowego podziemia. Dla historyków wyzwaniem jest dziś nie tylko przedstawienie prawdziwego obrazu zdarzeń, ale także polemika z komunistycznymi fałszerstwami.

Niektóre z publikacji drukowano, zanim wydano w formie książkowej, w odcinkach w regionalnej prasie. Aby tylko stworzone tezy trafiły pod strzechy, aby ludziom, których pamięć w miarę upływu lat od wojny stawała się coraz bardziej zawodna, przekazać i „wkodować” taką wizję wydarzeń, która relatywizowała prawdę, a wygodna była dla komunistycznej władzy. Tymczasem w prasowych komentarzach pisano, że to publikacje historyczne, albo wspomnienia autentycznych wydarzeń. Komuniści mieli pewność, że ich archiwalia nigdy nie będą dostępne dla przeciętnych obywateli. Ale na wypadek zmian politycznych czy pokoleniowych także byli przygotowani. Historyczne akta systematycznie selekcjonowano i brakowano, opracowując wcześniej na ich podstawie odpowiednio zmanipulowane tzw. „faktologie” czyli „charakterystyki” poszczególnych organizacji, oddziałów i grup. Wprowadzono ten system masowo w skali kraju, zapewne z przyczyn przepełnienia magazynów archiwalnych, ale niewątpliwie także mając na uwadze sukces, jaki odniosły publikacje, oparte na archiwalnych manipulacjach. W ten sposób w każdym województwie przygotowano podstawowy zasób informacyjny, z jakiego mogli korzystać przyszli hagiografowie resortu i partii.

Żal było patrzeć na partyzantów, którzy czytali publikowane kłamstwa ze łzami w oczach, mówiąc „nie tak było”, „dlaczego kłamie?”. Nie mieli szans obrony, bo kto wysłucha „bandyty”? Dzisiaj wiemy dlaczego tak bezczelnie kłamano? Rzeczywistych świadków wydarzeń jest coraz mniej, prawie jak na lekarstwo. Za to wielu ludzi, czytelników bezpieczniackich i partyjnych lektur, nadal daje się użyć do dalszego fałszowania czy przynajmniej kwestionowania prawdy o naszej najnowszej historii, mówiąc o „bandytach” z podziemia czy „niewinnych ofiarach” po stronie komunistów i powołując się na publikacje Wałacha, Machejka, Skwarka czy Moczara.

Były śledztwa?

Niektórzy postkomunistyczni propagandyści usiłują swe tezy podeprzeć… wynikami śledztw prowadzonych przez Komisję Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu Instytutu Pamięci Narodowej. Jak np. w sprawie „Burego” i rzekomych pogromów Białorusinów. Rzeczywiście, takie śledztwo było prowadzone w latach 2002-2005. Umorzono je, ponieważ nie było kogo ukarać. Ale czy zbadano wszystkie wątki i okoliczności zdarzeń? Śmiem wątpić. Warto zwrócić uwagę na kilka podstawowych faktów.

Instytut Pamięci Narodowej – w dzisiejszym rozumieniu zadań tej instytucji –  powstał w 1999 roku i przez co najmniej pięć pierwszych lat wielu jego pracowników zajętych było przejmowaniem i porządkowaniem archiwaliów po komunistycznej bezpiece. Ich opracowanie naukowe trwa po dzień dzisiejszy. Pion prokuratorski – ścigania zbrodni – prowadził zatem śledztwo korzystając z materiałów, które udało się wyłowić spośród przejętych od spadkobierców bezpieki, bez możliwości jakiejkolwiek ich weryfikacji. Ba, nie było wypracowanej żadnej metodologii korzystania z tych dokumentów i nie były wtedy znane nawet zasady tworzenia bezpieczniackiej dokumentacji. Czy zatem prokurator IPN miał być cudotwórcą? Wróżką? Czytać między wierszami, czy wnioskować z braku dowodów? Prawo nie daje takiej możliwości. Gdyby dzisiaj badano sprawę, być może także umorzono by śledztwo. Ale zapewne nie z powodu braku osób do oskarżenia, a raczej z braku dowodów winy. Kpt. „Buremu” przypisano rzekome zbrodnie na tle narodowościowym, podczas gdy jego działanie było najzwyklejszą w warunkach ówczesnej wojny pacyfikacją wykonaną w samoobronie. I nie wynikało z tego, że kogoś lubił czy nie lubił, tylko było strzelaniem do tych, którzy strzelali do jego oddziału. A likwidacja konfidentów komunistycznych, którzy jego oddział zdradzili funkcjonariuszom bezpieki była ewidentnym wykonaniem elementarnej sprawiedliwości.

Bo należy pamiętać o jeszcze jednym aspekcie sprawy. W Londynie działał prawowity Rząd Polski, i jedynie on oraz podległe mu oddziały, a nie żadne komunistyczne organy, miał prawo sprawować prawo wojenne na ziemiach polskich. W świetle polskiego prawa kpt. Romuald Rajs „Bury” wykonał prawidłową akcję odwetowo-obronną w obliczu zagrożenia dla jego oddziału.

Paradoks „śledztwa” w sprawie „Burego” przypomina inne śledztwo, w sprawie Jedwabnego. Prowadzone w tym samym czasie, pod już z góry założoną tezę, że Polacy byli winni, a przynajmniej współwinni. Po dziesięciu latach okazało się, że w śledztwie owym, mimo wielkich nakładów, nie zbadano wszystkich aspektów i okoliczności zbrodni w Jedwabnem, ba, zrezygnowano z wykonania podstawowych czynności procesowych, jak np. próby oszacowania metodami naukowymi liczby ofiar. I podobnie jak w przypadku Jedwabnego, te same środowiska i media posługują się w taki sam sposób rzekomymi wynikami śledztwa w sprawie „Burego”, aby siać nienawiść do Polaków.

Hej, kto Polak – nie z komuną….

A dokładnie, kto czuje się Polakiem, nie powinien zgadzać się z komunistyczną wizją tamtych lat. Ale tym bardziej nie powinien bezkrytycznie przyjmować postkomunistycznej pedagogiki wstydu, jako wyznacznika nowoczesności.

Funkcjonariuszom bezpieki nie udało się całkowicie zafałszować pamięci. Nie udało się zlikwidować archiwaliów. Prawda z teczek zdeponowanych niegdyś w tajnych magazynach wychodzi na jaw. Najwyższy czas, abyśmy przestali powoływać się zatem na propagandowe kłamstwa komunistów.

Żołnierze Wyklęci – Niezłomni są naszymi bohaterami narodowymi. Ani „Ogień” nie mordował i nie kazał strzelać do Żydów, z powodu, że byli Żydami, ani „Bury” nie strzelał do Białorusinów, ze względu na ich pochodzenie. Oni także mieli wybór – mogli opowiedzieć się za Polską, nie za komuną. Cześć i chwała Bohaterom!

Autor: Michał Siwiec-Cielebon

Autor: Piotr Drabik / flickr.com [CC BY 2.0]

Podziel sięShare on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterEmail this to someone